W środku tętniącego życiem Powiśla, przy Solcu 46, w ciepły sierpniowy wieczór odwiedzamy restaurację Murena, czyli warszawski koncept seafood sharing. Restauracja otworzyła się we wrześniu 2025 roku, a już w maju 2026 trafiła do Michelin Guide. Jej kuchnia czerpie z japońskich inspiracji, ale zdecydowanie nie ogranicza się wyłącznie do sushi. Jedno wiemy już na początku – jest to miejsce, do którego warto przyjść głodnym.
Po wejściu do lokalu wita nas bardzo estetyczne wnętrze – trochę intymne, eleganckie, ale przy tym bez nadęcia. Kamienne faktury, stonowane kolory i otwarta kuchnia tworzą przestrzeń, w której mamy ochotę zostać. Pierwszym, co przyciąga naszą uwagę, jest jednak zapach sushi. Ten charakterystyczny, delikatnie słodko-kwaśny, octowy aromat unosi się w powietrzu. Już wtedy wiemy, że na jednej rolce raczej się nie skończy.
Siadamy do stolika i przeglądamy kartę. Nigiri, sashimi, tatary, a do tego dania na ciepło. Japoński charakter kuchni widać oczywiście na pierwszy rzut oka, ale menu jest znacznie szersze. Znajdziecie tu również propozycje dla tych, którzy niekoniecznie przepadają za surową rybą. Możemy to potwierdzić, ponieważ w naszej grupie była jedna taka osoba i zdecydowanie nie wyszła z Mureny głodna.
Zaczynamy od dwóch rolek – jednej z tuńczykiem, drugiej z łososiem. Do tego dobieramy klasyki: krewetki w tempurze oraz edamame. Tu bez większego zaskoczenia – oczywiście smakowały. To jednak sushi na dłużej koncentruje naszą uwagę.
Rolki są bardzo dobrze zwinięte, ryż idealnie ugotowany, z odpowiednią ilością delikatnej kwasowości, którą wyczuwamy już w zapachu po wejściu do restauracji. Wszystkie składniki dobrze się ze sobą łączą, a kompozycje są ciekawe, zbalansowane i przemyślane. Nic nie dominuje nad resztą, ale jednocześnie każda rolka ma swój wyraźny charakter.
Dodatkowym umileniem kolacji jest otwarty raw bar, przy którym można obserwować składanie kolejnych porcji sushi. Patrzymy, jak sushi master z precyzją kroi świeżą rybę na cienkie plasterki, a następnie układa ją na przygotowanym ryżu.
Nie mogąc zdecydować się na kilka pozycji, zamawiamy dużo. Być może nawet trochę za dużo. Dlatego po naszej kolacji zgodnie stwierdzamy, że do Mureny najlepiej przyjść w grupie – domawiać, dzielić się i spróbować jak największej liczby talerzyków.
Na naszym stole pojawiają się skwierczące na maśle przegrzebki, kremowe risotto z letnimi dodatkami – w naszym przypadku kurkami i bobem – oraz przyrumieniona macka ośmiornicy.
To właśnie ostatnie z dań chyba najmocniej zapada nam w pamięć. Ośmiornica jest miękka, dobrze zgrillowana i podana na sosie Romesco. W daniu pojawia się lekka kwasowość i odrobina słodyczy, które dobrze przełamują charakterystyczny, głęboki smak samej ośmiornicy. W sosie wyraźnie wyczuwalne są również hiszpańskie inspiracje. To dość nieoczywiste połączenie smaków, które początkowo trochę nas zaskakuje, ale z każdym kolejnym kęsem przekonuje coraz bardziej. Finalnie okazuje się bardzo satysfakcjonujące i po prostu pyszne.
Wieczór kończymy dwoma deserami – sernikiem i polecanym przez kelnerkę – fondantem z matchą. I co ciekawe, mimo że żadna z nas nie jest szczególną fanką matchy, to właśnie deser z nią w roli głównej najbardziej nas zachwyca. Nawet jeśli nie należycie do osób, które z własnej woli zamawiają wszystko o smaku matchy, naprawdę warto spróbować tej pozycji w Murenie. Jej smak jest wyczuwalny, ale dobrze wyważony i nie przytłacza całego deseru. W deserze struktury mieszają się, a ze środka ciastka wypływa ciepły, gęsty i przyjemnie słodki krem.
Murena zainteresowała nas więc nie tylko kuchnią, ale również samym sposobem, w jaki można jej tutaj doświadczać. Seafood sharing nie jest w tym przypadku jedynie nazwą konceptu. To miejsce, które rzeczywiście zachęca do zamawiania kilku dań, próbowania i dzielenia się jedzeniem.
Polecamy!
Restauracja Murena
Solec 46, Warszawa



