Unia Europejska oficjalnie wypowiedziała wojnę fałszowaniu żywności, wprowadzając w życie przepisy tzw. „dyrektywy śniadaniowej”. Od połowy czerwca producenci, hurtownicy oraz sektor HoReCa muszą mierzyć się z rygorystycznymi obostrzeniami, które na zawsze zmienią wygląd sklepowych półek oraz restauracyjnych zapleczy. Nowe prawo uderza w wielkie korporacje importujące tani surowiec z Azji i zmusza rynek do pełnej transparentności.
Dotychczasowy rynek miodu w Europie przypominał informacyjny Dziki Zachód. Flagowym symbolem patologii stał się powszechny na etykietach, zagadkowy komunikat: „Mieszanka miodów pochodzących z UE i spoza UE”. W praktyce ten prawny wytrych pozwalał dużym rozlewniom mieszać minimalne ilości drogiego, polskiego miodu z masowo importowanym, tanim i często zafałszowanym syropem z Chin czy innych krajów trzecich. Konsument nie miał szans dowiedzieć się, co tak naprawdę znajduje się w słoiku.
Z tym procederem koniec. Nowe regulacje wprowadzają drastyczne zmiany w dwóch kluczowych obszarach: identyfikacji geograficznej oraz technologii przetwarzania.
Koniec z anonimowością. Etykiety jak wykresy procentowe
Najważniejszym ciosem w nieuczciwe praktyki handlowe jest obowiązek precyzyjnego oznaczania kraju pochodzenia miodu. Od teraz na etykiecie musi pojawić się pełna lista państw, z których zebrano surowiec, podana w kolejności malejącej. Co więcej, obok nazwy kraju producent ma obowiązek wskazać dokładny udział procentowy danego miodu w gotowym produkcie.
Przykład nowej etykiety:
Miód nektarowy wielokwiatowy: Polska (60%), Ukraina (25%), Chiny (15%).
Dla restauratorów i szefów kuchni, którzy budują menu w oparciu o autentyczność i jakość (szczególnie w segmentach premium i „comfort food”), oznacza to konieczność znacznie dokładniejszej weryfikacji dostawców. Zatajenie proporcji lub błędne oznaczenie grozi gigantycznymi karami ze strony Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS).
Wojna z technologicznym oszustwem: ban na „miód przefiltrowany”
Drugie obostrzenie uderza bezpośrednio w procesy technologiczne, a dokładniej w tzw. intensywną filtrację. Przemysłowe, agresywne filtrowanie miodu pod wysokim ciśnieniem pozwalało do tej pory na usuwanie z niego niemal całego pyłku kwiatowego. Po co to robiono? Brak pyłku sprawia, że miód dłużej pozostaje płynny i nie krystalizuje się na półce, ale przede wszystkim… uniemożliwia laboratoriom mikrobiologicznym zbadanie, z jakiego regionu świata produkt naprawdę pochodzi.
Nowe przepisy usuwają kategorię miodu przefiltrowanego z wykazu produktów, które mogą być sprzedawane jako standardowy, pełnowartościowy miód. Taki produkt traci prawo do posługiwania się nazwami odmianowymi. Z rynku znikają więc pseudo-miody „akacjowe” czy „lipowe”, które w procesie obróbki pozbawiono naturalnego DNA. Prawdziwy miód musi zachować swoje enzymy i pyłki.
Co to oznacza dla branży i konsumentów?
Dla polskich pszczelarzy prowadzących tradycyjne pasieki nowe prawo to gigantyczne święto i szansa na wygranie walki z nieuczciwą konkurencją cenową. Z kolei dla przetwórców, hurtowni oraz gastronomii to logistyczny i kosztowy mikrowstrząs – konieczne jest przeprojektowanie wszystkich etykiet, zmiana systemów znakowania oraz liczenie się ze wzrostem cen surowca o pewnym, czystym pochodzeniu.
Warto dodać, że „dyrektywa śniadaniowa” nie ogranicza się tylko do produktów pszczelich. Równolegle zaostrzono m.in. wymagania dotyczące zawartości owoców w dżemach (wzrost z 350g do 450g na kilogram produktu) oraz uregulowano kwestię nazewnictwa soków owocowych o obniżonej zawartości cukru.
Stare zapasy miodów oznaczonych według dotychczasowych zasad mogą pozostać w obrocie handlowym wyłącznie do wyczerpania magazynów. Wszyscy nowi producenci muszą grać w otwarte karty.
